lesnachatka
lesnachatka.blog.interia.pl
<< Wrzesień 2014
PonWtŚrCzwPiąSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930
     Zdjęcia i teksty zawarte na tym blogu są moją  własnością, nie wyrażam zgody na kopiowanie oraz zamieszczanie ich gdziekolwiek.

 Podstawa prawna:
Dz.U.z 1994 nr 24, poz. 83,
sprostowanie: Dz.U.z 1994 nr 43.
Wszelkie prawa zastrzeżone
Księga gości
 
O mnie
lesnachatka
Zobacz mój profil
Archiwum
Rok 2014
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2013
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2012
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Notki
Wiosennie... sobota, 15 luty 2014, 21:42
       

     We wtorek pierwszy raz w tym roku słyszałam żurawie. 

Przylot tych ptaków jest dla mnie sygnałem, że wiosna tuż, tuż. W czwartek usłyszałam je ponownie. Wołanie żurawi słychać było bardzo wyraźnie i pomyślałam, że muszą być gdzieś blisko. Nie pomyliłam się- żona mojego podopiecznego powiedziała mi, że przyleciały nad ich staw. To rzeczywiście blisko. Drogą około dwóch kilometrów ale skrótami przez łąki  i ugory trochę ponad kilometr. Jutro mam zamiar wcześniej wstać i pójść tam. Chcę je zobaczyć. Odkąd przeprowadziłam się tu gdzie teraz mieszkam nie widziałam żurawi. Może niespecjalnie się starałam… Teraz zatęskniłam za takimi widokami, jak ten namalowany przez J. Chełmońskiego .

       


Czasem ,kiedy miałam szczęście widziałam tańczące żurawie…cudny, niezapomniany widok…

Niepokój niedziela, 19 styczeń 2014, 22:19
  

   Przed chwilą wróciłam z Arielem ze spaceru. Wieje północnowschodni wiatr. Termometr pokazuje minus dziewięć stopni Celsjusza. Nieprzyjemnie i chociaż rozgwieżdżone niebo wygląda cudnie, tym razem nie patrzyłam w nie zbyt długo.

Julia już w bursie…A ja, im dłużej myślę o jej pomyśle tym więcej mam wątpliwości. Moja córka chce chodzić do szkoły średniej w Gdańsku. Od naszego miejsca zamieszkania to około stu kilometrów. Pierwsza myśl – za daleko. Taki czysto matczyny lęk, że w razie potrzeby nie będę mogła być przy niej natychmiast. Teraz wystarczy mi piętnaście minut i jestem w mieście, no chyba, że warunki drogowe są wyjątkowo niesprzyjające to wtedy jadę dłużej.

Z jednej strony chciałabym, żeby była bliżej, ż drugiej żeby realizowała swoje marzenia. Jednym z  nich jest liceum w Gdańsku. Potem studia w Gdańsku lub Krakowie. Wyraźnie wyrywa się w świat …Wiem, że jej nie zatrzymam, taka jest kolej rzeczy. Tylko, czy to nie za szybko…

 Za tydzień spotykam się z jej ojcem i Olą.

Ola studiuje i mieszka w Gdańsku. Zadeklarowała, że będzie miała baczenie na Julcię. Jednak mam wątpliwości. Od przyszłego roku zaczyna staż, w którymś z gdańskich szpitali  i obawiam się, że nie będzie w stanie poświęcić siostrze zbyt wiele czasu…Czeka nas podjęcie poważnej decyzji. To będzie trudna rozmowa.

Wieje coraz silniejszy wiatr, czyżby sztorm…Idę dorzucić do pieca i na chwilę wyjdę z psem.

Wzięłam od starszej córki książkę W. Cejrowskiego pt. ,,Rio Anaconda” czytałam ją już kiedyś, ale z przyjemnością  przeczytam jeszcze raz.

Magia ? środa, 18 grudzień 2013, 00:29
   


        Wracałam zmęczona do domu. Drogę znam, więc kolejne zakręty , dziury i garby, mijałam niemal na pamięć. Widoczność dobra gdyż księżyc jak srebrna latarnia oświetlał mi szosę. Jechałam, więc sobie niezbyt szybko  i myślałam o Julii, która trzeci tydzień jest w bursie. O Natalii i Kamilu, o Asi, Wojtusiu i o Oli. Z Olą ostatnio mam mały kontakt…

Pokonałam kolejny zakręt i kolejny, aż w pewnym momencie ,przypomniała mi się sytuacja sprzed bodajże trzech lat.

 Wtedy wszędzie leżał śnieg i tak jak dzisiaj jasno świecił księżyc. Droga była odśnieżona ale nie posypana piaskiem więc trochę śliska. Jechałam sobie wolno ,cieszyłam się pięknem zimy. Kiedy pokonywałam kolejny zakręt  z za krzaków tuż przed samochód wyskoczyła sarna. Zdążyła przebiec, niestety tuż za nią pojawiła się następna  i chociaż starałam się nie udało mi się jej ominąć …zahaczyłam ją prawym rogiem zderzaka .

Zrobiło mi się gorąco i strasznie przykro. Zatrzymałam samochód. Wysiadłam i podeszłam do miejsca zderzenia ale sarny nie było nigdzie widać…Przez chwilę miałam nadzieję, że może nic się jej nie stało…Tylko , że sarny są właściwie niezbyt duże a ja jechałam terenowym samochodem…

     Raczej staram się zwracać uwagę na takie sygnały. Postanowiłam więc, że zwolnię. Po chwili zwolniłam jeszcze bardziej. Minęłam kolejne dwa zakręty żadnej zwierzyny. Przyspieszyłam, po czym tknięta jakimś impulsem zwolniłam znowu.

- No dobrze – myślę sobie- zdążę, mogę jechać wolno. 

Warto było – na środku drogi z głową zwróconą w moim kierunku stał wspaniały koziołek. Powoli zatrzymałam samochód i patrzyłam. Mił dość wysokie rogi z dwiema lub trzema gałązkami. Długą chwilę patrzył na mnie  po czym spokojnie przeszedł  na drugą stronę i zniknął  w zagajniku. Miałam takie uczucie jakby zajrzał w głąb mojej duszy. Siedziałam oczarowana z błogim ciepłem w sercu , szczęśliwa…w końcu ruszyłam dalej.

  

               

... sobota, 07 grudzień 2013, 22:13



      Prawie pół roku nie robiłam żadnych wpisów, w tym czasie minęło pachnące lipowym kwiatem lato, minęła złoto-purpurowa jesień .Z wyciem wiatru z zamiecią śnieżną nadchodzi zima.

W taką wietrzną i śnieżną noc urodził się mój drugi wnuczek. Jestem szczęśliwa . Jutro odbieramy Natalię i Kamila ze szpitala.

 Ciekawi mnie jak zareaguje na jego widok Wojtuś…

 

nocą środa, 19 czerwiec 2013, 00:40

   



     Kładłam się  spać ale moją uwagę przyciągnął jasno świecący księżyc, wyszłam więc na balkon.

Na jasnym niebie sporo gwiazd. Cisza. Tylko w Lipowej Alei szumi wiatr. Powietrze przyjemnie chłodne. Opieram się o balustradę, przymykam oczy i zanurzam się w tym szumie, szeptach i szelestach…

Lubię takie chwile. Kilka głębokich oddechów i odchodzi znużenie…Wracam do pokoju gdzie przyjaźnie migocze płomień świecy i siadam do komputera by zatrzymać w pamięci szum wiatru, jasne światło księżyca i ciepły blask świecy…

29 kwietnia wtorek, 30 kwiecień 2013, 00:44
   


     

          Miałam spotkać się z Anulą i pochodzić po sklepach. Anula chciała kupić sobie spodnie i buty. Ponieważ miasto jest rozkopane i dostać się gdziekolwiek komunikacją miejską to strata czasu i nerwów, zaproponowałam, że ją powożę. Miałam, jeszcze popłacić rachunki, wykupić pampersy podopiecznemu i odebrać ze szkoły Julię. Miałam, ale po czternastej zadzwoniła do mnie Natalia.

- Mamo, jesteś w mieście ?

- Jestem, potrzebujesz czegoś?

- Znowu plamię, zawieziesz mnie do szpitala?

Coś mnie w środku ścisnęło. Pamiętam jak się czułam, kiedy sama nie mogłam donosić ciąży i pamiętam co się ze mną działo kiedy umarł mój synek. To stąd  ten strach…Tylko nie to –pomyślałam.

Jadę i co chwilę zatrzymuję się. Godziny szczytu i rozgrzebane prace drogowe powodują koszmarne korki a ja już chciałabym być przy niej. Wreszcie docieram na miejsce, zabieram Natalię i jedziemy. W szpitalu kierują nas na oddział patologii ciąży. Jednak położna odsyła nas na izbę przyjęć, Położna z izby prowadzi z powrotem na oddział.

 Przychodzi lekarz i zabiera córkę na usg. Po badaniu wracamy na izbę. Natalia zostaje w szpitalu. Chcą ją poobserwować, porobić wyniki. Widzę, że jest trochę oszołomiona i przestraszona. Przytulam ją i mówię, że teraz pojadę po jej rzeczy i wrócę najszybciej jak to możliwe, że będzie dobrze. Chcę w to wierzyć. Wierzę.

 Wychodzę ze szpitala. W głowie mam mętlik. Lista rzeczy, które mam przywieźć przeplata się to z niepokojem o córkę,to z nadzieją, że wszystko dobrze się skończy.

 Wsiadam do samochodu. Głęboki oddech, koncentracja. Jadę po Julię. Po drodze ustalamy plan działania.

W domu jesteśmy około siedemnastej. Pakujemy potrzebne rzeczy. Jest siedemnasta trzydzieści. Jeszcze wizyta u podopiecznego. Z konieczności wcześniejsza . Robimy zakupy i ponownie zajeżdżam pod szpital. Natalia jest już na sali. Julia wypakowuje torbę i krząta się układa w szafce to co przywiozłyśmy. Opowiada Natalii jakieś szkolne historyjki.Rozśmiesza ją.
Patrzymy na siebie i uśmiechamy się. Widzę, że moja córka jest spokojniejsza. Jeszcze buziaki i życzenia spokojnej nocy.Natalia jest zmęczona, niech sobie odpoczywa.

Przy wyjściu ze szpitala spotykamy się z Piotrem.

- Jak Natalka się czuje?

-  Lepiej i jest spokojniejsza… Piotr  bądź dobrej myśli…

 

Wracamy do domu. Julia bierze się za lekcje, ja  rozpalam w piecu i wstawiam pranie, jedno drugie…Wreszcie siadam i piszę…Tylko gdzieś głęboko siedzi sobie mała kropeczka lęku…

Mówię sobie - Asia, bądź dobrej myśli...

takie sobie pisanie sobota, 20 kwiecień 2013, 16:27
 16 kwietnia

W końcu, wiosna ! Śnieg stopniał jeszcze tylko gdzie nie gdzie w lesie leżą jego resztki. Ptaki robią niesamowity rwetes. Świergoczą, gwiżdżą, ćwierkają we wszystkich możliwych tonacjach. Miłe dla ucha jest to zamieszanie i jakoś radośniej na sercu… O rany!

Tak to jest jak się nie ma już podzielnej uwagi- przypaliłam swoje ulubione kiełki a z czosnku zostały węgielki…i po śniadaniu. Zjem sobie jabłko, na nic innego nie mam już ochoty…Słońce świeci cudnie, co prawda zieleni jeszcze nie widać, chyba, że w przydomowych ogródkach…

 
Tak było dwa dni temu. Dzisiaj widziałam przylaszczki a na ugorach złocisty podbiał…a, i bociany, na łąkach , na gniazdach, tylko ciche jakieś.


Minęły kolejne dwa dni; jest  20 kwietnia słońce ciągle świeci cudnie, jest coraz cieplej więc na drzewach i krzewach pojawiała się  ledwo widoczna seledynowa mgiełka – to nabrzmiałe pąki liści…Niebo ma w końcu ciepły wiosenny odcień.
To tyle w kwestii nowalijek o których pisał Piotr. Warto  na nie zwrócić uwagę –relaks i dobre samopoczucie zapewnione. No, w każdym razie tak to działa na mnie.


                     

Wspomnieniowo czwartek, 21 marzec 2013, 21:18



      Szesnastego lutego pojechałam po Anulę, zapakowałyśmy prezenty i wyruszyłyśmy do Słupska. Pogoda nam dopisała. Nie padało droga czarna i sucha. Z powodu pory roku, auta które teraz mam i rozsądku ( ha, ha) nie jechałam bocznymi drogami tylko pomknęłam siódemką, a później szóstką. Szeroko, bezpiecznie, szybko i …nudno.

W Słupsku trochę pobłądziłyśmy, a ponieważ Janusz był jeszcze w drodze zdecydowałyśmy, że pojedziemy do Wąchala i Dany. Uściski buziaki, życzenia i mnóstwo śmiechu…Gdyby mi ktoś pięć lat temu powiedział, że polubię Danę  nie uwierzyłabym…a jednak.

Zjadłyśmy obiad, i przyszła pora żeby odebrać z dworca Kasię…

- Andrzej jak od Ciebie dojechać na dworzec?

-Po co masz tam jechać? Zapytał zdziwiony Wąchal

-No jak to po co? Kasię trzeba…Zrobiło mi się gorąco, bo to miała być niespodzianka a ja ją właśnie zepsułam. Nie muszę chyba dodawać, że byłam na siebie zła i było mi strasznie głupio. W jednej chwili zrobiło się zamieszanie. Wąchal skakał po pokoju w jakimś dzikim tańcu radość i pokrzykiwał ,,będzie Kasia! będzie Kasia! a mówiła ,że jest w Niemczech!’’, ja jęczałam, że to miała być niespodzianka i ,że zepsułam ją. Anula z Daną śmiały się w końcu i ja zaczęłam się śmiać…

Odebrałyśmy z dworca Kasię i pojechałyśmy do hotelu. Ledwo zdążyłyśmy się przywitać z Januszem podjechał Wąchal. Przepisowo ucieszył się na widok Kasi. Po czym udałyśmy się do naszego pokoju. Prysznic, przebieranki, malowanki i takie tam czary-mary. W doskonałych humorach zeszłyśmy na dół. Na Sali było już sporo ludzi znowu powitalne buziaki i przytulasy. Potem dużo ciepłych słów pod adresem jubilata, sporo wzruszeń i śmiechu a na koniec  tańce...Piszę sobie, wspominam i poprawia mi się nastrój…Jestem szczęściarą mam przyjaciół i miłe wspomnienia.

 Wczoraj rozmawiałam z Kasią, zadedykowała mi i Wam piosenkę L.Janerki

... sobota, 26 styczeń 2013, 22:49
 

Tydzień leżałam w łóżku a myślałam, że wystarczą dwa dni. Zresztą pewnie wystarczyłyby gdyby nie wydarzenie z osiemnastego stycznia.

   W czwartek( 17)rano zawiozłam Asię i Wojtusia do lekarza. Pewnie tam złapałam jakąś infekcję, bo już wieczorem miałam lekkie dreszcze i trochę drapało minie w gardle. Ponieważ do końca tygodnia nie miałam zleceń w mieście, postanowiłam, że poleczę się domowym sposobem i do poniedziałku będę zdrowa.

W piątek rano, po powrocie od podopiecznego zeszłam do piwnicy żeby rozpalić w piecu. Wyczyściłam dymniki, przegarnęłam ruszt, wyjęłam popiół, sprzątnęłam przy piecu i rozpaliłam. Kiedy  się już dobrze  paliło, wzięłam pojemniki z popiołem, żeby go wysypać. Po czym dorzuciłam więcej węgla i poszłam do mieszkania.

Natalia robiła śniadanie. Jakoś nie miałam apetytu, poprosiłam o herbatę i położyłam się. Spałam kilka godzin. Po przebudzeniu, miałam telefoniczną rozmowę z Asią i Wojtusiem. W międzyczasie Natalia zeszła do piwnicy sprawdzić temperaturę na piecu i poszła oglądać film, ja wzięłam się za ,,Dziewczynę z zapałkami’’ Anny Janko( świetna proza).Znowu minęło trochę czasu. W pewnej chwili wydało mi się, że czuję zapach palącego się drewna. Zapytałam Lalę czy też to czuje. Potwierdziła. Uznałyśmy, że to pewnie sąsiadka dorzucała do swojego pieca drewno i trochę nadymiła. Jednakże zapach był coraz intensywniejszy. W mieszkaniu pojawił się dym. Poprosiłam córkę żeby sprawdziła co się dzieje i ewentualnie zawołała sąsiadkę. Za moment wpada Natalia

- Mamo! To u nas! Pali się szafka!

Natychmiast wyskoczyłam z łóżka, złapałam szlafrok, wsunęłam stopy w klapki i pobiegłam do piwnicy. Zupełnie nie rozumiałam, jak mogła się zapalić skoro stała dość daleko od pieca.

W piwnicy ogień i sporo dymu. Natalia była przestraszona. Ponieważ i tak nie było tam dla niej miejsca, więc wysłałam ją, żeby wietrzyła mieszkanie i klatkę schodową. kazałam jej przyjść za pięć minut. Z oporami wyszła. Bałam się, ale już wiedziałam, że mogę to ugasić sama. Tak naprawdę paliła się zawartość szafki. Trzymałam w niej ciasno upchane porwane kartony i papiery służące mi do rozpalania w piecu. Paliły się głównie one i plecy szafki. W piwnicy mam bojler i podłączony do niego wąż ogrodniczy. Zaczęłam gasić pożar. Stłumiłam ogień, ale  musiałam wyjść zaczerpnąć powietrza. Stałam przed domem mokra, z bosymi stopami i w cienkiej bieliźnie. Nie czułam zimna. Nie czułam nic. Wiedziałam tylko, że trzeba tam wrócić i dokończyć gaszenie.

Ogień zaczął się palić od nowa, ale już słabo. Szybko go zgasiłam. I obficie polałam wszystko to, co było w pobliżu szafki. Rozgarnęłam pogorzelisko i jeszcze raz polałam wodą. Skończyłam. Poszłam do mieszkania…

-Mamo, skąd ten ogień? Byłam w piwnicy kilkanaście minut przed tym jak poczułyśmy dym. Nic nie było widać ani czuć…

-Myślę, że wiem, zresztą, innej możliwości nie ma…Kiedy szłam wysypać popiół potknęłam się i wysypało mi się trochę popiołu, pewnie był tam również rozżarzony węgielek, który potoczył się pod wypchaną papierami szafkę…Nie zauważyłam go kiedy sprzątałam rozsypany popiół...

-Dobrze, że byłyśmy w domu…

-Dobrze...

 

 Czuję się lepiej, chociaż jeszcze mam katar i lekki kaszel. Myślę jednak, że do poniedziałku przejdzie mi jedno i drugie. 

Wrażenia... niedziela, 13 styczeń 2013, 21:14
 W piątek po piętnastej przyjechał po Julcię jej tata i zabrał ją do siebie. Jula nie zawsze ma ochotę do niego jeździć, ale tym razem pojechała chętnie, z czego się cieszę.

Wczoraj po południu odwiozłam Natalię do pracy, a Wojtusia do rodziców.                        
W drodze powrotnej odwiedziłam Anulę. Pogadałyśmy sobie od serca, bo dawno nie było okazji. Okazało się, że obydwie miałyśmy tydzień pod znakiem niebezpiecznych przygód. Dla mnie skończyło się na strachu i jednak wymianie opon. Anula jest kontuzjowana. Mam nadzieję, że szybko dojdzie do siebie i nie będzie żadnych powikłań. Do domu wróciłam około osiemnastej-na szczęście bez przygód.     

Zadzwoniłam do Kiasi i porozmawiałyśmy sobie o rzeczach ważnych i mniej ważnych…trochę pośmiałyśmy się, to nic nie kosztuje a dobrze robi na samopoczucie…Późnym wieczorem jeszcze jedna rozmowa, jeszcze jedna herbata, trochę muzyki, trochę poezji i dzień pomału zbliżył się końcowi. Zanim zasnęłam pomyślałam, że mam ochotę pochodzić trochę po okolicy…

Dzisiaj postanowiłam, że to zrobię. Zanim wyszłam rozpaliłam w piecu, żeby wrócić do ciepłego domu. Zjadłam późne śniadanie, spojrzałam na termometr - minus pięć- ubrałam
się ciepło i poszłam.

             
                             
            


            


Zima jest niesamowita . Jeszcze parę dni temu mglista, trochę wilgotna, dzisiaj w dostojnej bieli, poważna. Może dlatego, że słońce za chmurami i na śniegu nie widać diamentowych błysków…Jestem na polach. Wieje, niezbyt mocno, ale jednak odczuwam chłód. Zmieniam kierunek i po kilkunastu minutach osłaniają mnie drzewa i gęste zarośla. Wiejący w nocy wiatr zdmuchnął z liściastych drzew śnieżny pył, ale i tak jest pięknie. Śnieg utrzymał się na świerkach i krzakach.

Widać tropy saren, niedaleko płynie strumień, pewnie szły do niego. Postanawiam, że ja również tam pójdę. Zajmuje mi to trochę czasu, bo mam przed sobą kawałek drogi w śniegu niemalże po kolana ( przesadziłam, po kolana miejscami, najczęściej do połowy łydki.)Wchodzę w zagajnik, młode drzewka rosną bardzo gęsto, więc co chwilę potrącam jakąś gałązkę, z której sypie się na mnie śnieg. W końcu dochodzę do w miarę łagodnego zejścia.



            


Cisza. Żadnych szelestów, ptasich głosów - pewnie je spłoszyłam. Po chwili słyszę plusk strumienia. Przystaję na chwilę rozglądam się wszędzie tropy zwierząt…za parę miesięcy to miejsce będzie błękitne od przylaszczek…schodzę ostrożnie na dół…Tym razem nie widziałam saren, być może przyglądały mi się ukryte za drzewami- potrafią się świetnie maskować


                 

Do domu wróciłam trochę zmarznięta, ale bardzo zadowolona i mocniejsza. Potrzebowałam tego – kontakt z naturą zawsze dobrze na mnie działał.

             


Zobacz serwisy INTERIA.PL